Obrót rośnie, zysk stoi w miejscu. Najczęstsza pułapka skalowania e-commerce
Właściciel sklepu internetowego widzi coraz lepsze wyniki. Przychód rośnie, liczba zamówień jest wyższa niż miesiąc wcześniej, a kampanie reklamowe generują kolejne konwersje. Z perspektywy panelu reklamowego wszystko wygląda obiecująco. Mimo to na koncie firmowym nie pojawia się proporcjonalnie więcej pieniędzy.
W takiej sytuacji warto zadać sobie pytanie: czy rzeczywiście zwiększamy rentowność biznesu, czy tylko obsługujemy coraz większą sprzedaż?
Z mojej perspektywy to jedno z ważniejszych pytań, jakie należy postawić przed rozpoczęciem skalowania e-commerce. Wzrost obrotu sam w sobie nie jest problemem. Problem pojawia się wtedy, gdy zwiększamy sprzedaż bez kontroli nad marżą, kosztami pozyskania zamówień i wydatkami operacyjnymi.
W praktyce oznacza to, że sklep może sprzedawać więcej, angażować większy budżet reklamowy i obsługiwać więcej zamówień, a jednocześnie nie poprawiać swojej sytuacji finansowej.
Dlatego, analizując efektywność marketingu, nie zatrzymuję się na pytaniu, ile sprzedaży wygenerowała kampania. Sprawdzam również, jaka część tego wyniku zostaje w firmie i czy zwiększenie skali daje szansę na dalszą poprawę rentowności.
Obrót a zysk w e-commerce to nie jest to samo
Obrót, przychód i zysk opisują różne aspekty działalności firmy. W codziennych rozmowach bywają stosowane zamiennie, ale przy podejmowaniu decyzji o budżecie reklamowym takie uproszczenie może prowadzić do błędnych wniosków.
Przychód ze sprzedaży informuje o wartości sprzedanych produktów w określonym okresie, z uwzględnieniem przyjętej w raportowaniu definicji sprzedaży. Zysk uwzględnia natomiast koszty związane z osiągnięciem tego przychodu. Ostateczny wynik zależy między innymi od kosztu towaru, logistyki, prowizji, reklamy, zwrotów oraz kosztów prowadzenia działalności.
Wyobraźmy sobie sklep, który zwiększa miesięczny przychód ze 100 tys. zł do 150 tys. zł. Na pierwszy rzut oka wzrost o 50% wygląda bardzo dobrze. Jeżeli jednak w tym samym czasie koszty towaru, reklamy, dostaw i obsługi zamówień rosną na tyle mocno, że zysk pozostaje na podobnym poziomie, firma nie osiągnęła takiego efektu biznesowego, jaki sugerują same dane sprzedażowe.
Co więcej, może potrzebować więcej kapitału na zakup towaru, większej przestrzeni magazynowej i dodatkowych zasobów do obsługi klientów. Wzrost skali zwiększa wówczas złożoność działalności, ale niekoniecznie poprawia jej wynik finansowy.
Dlatego w analizie rentowności sklepu internetowego rozdzielam dwa pytania:
- Ile sprzedaży wygenerowaliśmy?
- Ile pieniędzy zostało firmie po uwzględnieniu kosztów tej sprzedaży?
Pierwsze pytanie pomaga ocenić skalę działalności. Drugie pozwala sprawdzić, czy ta skala ma uzasadnienie ekonomiczne.
Wysoki ROAS może wyglądać dobrze, a mimo to nie dawać wystarczającego zysku
ROAS to jeden z najczęściej wykorzystywanych wskaźników w kampaniach reklamowych. Pokazuje relację wartości sprzedaży przypisanej reklamie do wydatków reklamowych.
Jeżeli kampania wygenerowała 40 tys. zł wartości sprzedaży przy wydatku 8 tys. zł, ROAS wynosi 500%, czyli 5. To oznacza 5 zł przypisanej sprzedaży na każdą złotówkę wydaną na reklamę.
Nie oznacza to jednak, że firma zarobiła 32 tys. zł. Taki wniosek pomija koszty sprzedanych produktów, logistykę, prowizje, zwroty i pozostałe wydatki. Nie uwzględnia również automatycznie tego, czy cała przypisana kampanii sprzedaż była rzeczywiście dodatkowym efektem reklamy.
Właśnie dlatego nie traktuję ROAS jako samodzielnej odpowiedzi na pytanie o rentowność.
Ten sam ROAS, inny wynik finansowy
Załóżmy, że dwie kampanie wygenerowały po 20 tys. zł sprzedaży i każda kosztowała 4 tys. zł. Obie mają ROAS na poziomie 500%.
W pierwszym przypadku reklamowane produkty mają 50% marży na pokrycie dalszych kosztów, liczonej od przychodu w uproszczonym modelu. W drugim marża wynosi 20%. Przy tych założeniach pierwsza kampania pozostawia 10 tys. zł przed kosztem reklamy, a druga 4 tys. zł.
Po odjęciu wydatków reklamowych zostaje odpowiednio 6 tys. zł i 0 zł. W obu przypadkach pomijamy na tym etapie pozostałe koszty zmienne i stałe, więc nie jest to jeszcze zysk netto.
Wyniki reklamowe są identyczne, ale ekonomika sprzedaży jest zupełnie inna.
To pokazuje, dlaczego nie należy porównywać kampanii wyłącznie na podstawie ROAS. Jeżeli nie znamy marży i pozostałych kosztów, nie wiemy, czy dobry wynik w panelu przekłada się na dobry wynik finansowy.
Gdzie w tym wszystkim znajduje się POAS?
POAS, czyli Profit on Ad Spend, pozwala spojrzeć na wydatki reklamowe przez pryzmat zysku lub marży przypisanej sprzedaży, zależnie od przyjętej definicji i sposobu liczenia.
To ważne zastrzeżenie: POAS nie będzie wiarygodny, jeżeli dane o marży są niepełne albo nie uwzględniają istotnych kosztów. Samo dodanie nowego wskaźnika do raportu nie rozwiązuje problemu jakości danych.
Rekomenduję traktować ROAS jako miarę efektywności przychodowej reklamy, a POAS jako dodatkową perspektywę ekonomiczną. Dopiero połączenie tych informacji z rzeczywistymi kosztami i wynikami finansowymi pozwala lepiej ocenić, czy kampania wspiera rentowność firmy.
Marża decyduje o tym, ile możesz wydać na reklamę
Każdy produkt ma swoją ekonomię. Różnią się nie tylko ceny i koszty zakupu, ale również prowizje, koszty dostawy, poziom zwrotów i podatność na promocje. Dlatego jednakowy cel ROAS dla całego asortymentu nie zawsze ma uzasadnienie.
Załóżmy, że sklep sprzedaje dwa produkty w tej samej cenie. Na pierwszym, po odjęciu kosztu zakupu i innych kosztów bezpośrednio związanych ze sprzedażą, pozostaje 100 zł. Na drugim zostaje 30 zł.
Jeżeli pozyskanie zamówienia z reklamy kosztuje 40 zł, pierwszy produkt nadal generuje 60 zł na pokrycie pozostałych kosztów i zysku. Drugi już na tym etapie nie pokrywa kosztu reklamy z dostępnej marży.
W rzeczywistości kalkulacja może być bardziej złożona, ale zasada pozostaje taka sama: koszt pozyskania sprzedaży trzeba zestawić z kwotą, którą sprzedaż wnosi do pokrycia dalszych kosztów.
Jak ustalić granicę opłacalności?
Zaczynam od sprawdzenia marży dostępnej przed kosztem reklamy. Następnie uwzględniam pozostałe koszty zmienne, które pojawiają się w związku z realizacją zamówienia. Dopiero wtedy można oszacować, jaka kwota pozostaje na reklamę, koszty stałe i oczekiwany zysk.
Jeżeli sklep potrzebuje również pokrywać z tej marży koszty obsługi, magazynu czy oprogramowania, granica opłacalności musi uwzględniać także te obciążenia. Nie można więc wyznaczyć uniwersalnego docelowego ROAS bez znajomości modelu biznesowego.
Warto też pamiętać, że marża procentowa i kwota marży to dwie różne perspektywy. Produkt z niższą marżą procentową może generować większą kwotę na zamówieniu, jeśli jego cena jest odpowiednio wyższa. Dlatego oceniam jednocześnie procent, wartość marży i koszty pozyskania sprzedaży.
Skalowanie budżetu może zwiększać obrót, ale obniżać rentowność
Jednym z częstych błędów jest założenie, że skoro kampania osiąga dobre wyniki przy określonym budżecie, to zwiększenie wydatków przyniesie proporcjonalny wzrost sprzedaży i zysku.
W praktyce tak się nie dzieje zawsze.
Przy mniejszym budżecie kampania może docierać przede wszystkim do najbardziej skłonnych do zakupu odbiorców. Po zwiększeniu wydatków zaczyna wykorzystywać kolejne możliwości pozyskania ruchu, które mogą mieć niższą efektywność. Zmienia się też struktura docierających klientów, konkurencja o uwagę odbiorców i koszt pozyskania konwersji.
W efekcie dodatkowe 5 tys. zł wydane na reklamę może wygenerować znacznie mniej sprzedaży niż wcześniejsze 5 tys. zł.
Średni ROAS nie pokazuje całej sytuacji
Załóżmy, że kampania wydaje 10 tys. zł i generuje 50 tys. zł sprzedaży. Średni ROAS wynosi 500%.
Po zwiększeniu wydatków do 15 tys. zł sprzedaż rośnie do 65 tys. zł. Całkowity ROAS wynosi teraz około 433%.
Kampania wygenerowała dodatkowe 15 tys. zł sprzedaży za dodatkowe 5 tys. zł wydatków, czyli krańcowy ROAS tej dodatkowej części budżetu wyniósł 300%.
To istotna różnica. Całkowity wynik nadal może wyglądać atrakcyjnie, ale dodatkowa inwestycja ma niższą efektywność przychodową. Czy mimo to warto ją ponieść? To zależy od marży, kosztów realizacji zamówień i pozostałych założeń finansowych.
Nie rekomenduję automatycznego odrzucania takiego wzrostu. Rekomenduję policzenie, czy dodatkowa sprzedaż po uwzględnieniu wszystkich istotnych kosztów przynosi akceptowalny przyrost zysku.
Dlatego przy skalowaniu sprawdzam nie tylko średnie wyniki kampanii, ale również efekt zwiększenia budżetu. To właśnie dodatkowa część inwestycji powinna uzasadniać kolejną decyzję o skalowaniu.
Najbardziej zdradliwa pułapka: skalujesz produkty, na których zarabiasz najmniej
Wyniki całego sklepu mogą ukrywać różnice między produktami. Niektóre mają wysoką marżę, inne przyciągają klientów niską ceną, a jeszcze inne dobrze konwertują, ale generują duże koszty obsługi.
Jeżeli algorytm reklamowy znajduje produkty, które łatwo sprzedawać, nie oznacza to automatycznie, że wybiera asortyment najkorzystniejszy finansowo dla firmy. Optymalizacja zależy od celu kampanii, sygnałów przekazywanych systemowi i dostępnych danych.
Jeżeli głównym sygnałem jest wartość konwersji, system może preferować produkty o wysokiej cenie, nawet jeśli ich marża jest niska. Jeśli natomiast sklep sprzedaje produkty o bardzo różnych kosztach i marżach, sam przychód nie wystarcza do porównania ich ekonomiki.
W efekcie rośnie udział produktów, które dobrze wyglądają w raportach, ale niekoniecznie poprawiają wynik całego sklepu.
Dlaczego warto analizować produkty i kategorie osobno?
W analizie warto połączyć dane o sprzedaży z marżą, wydatkami reklamowymi, zwrotami i kosztami realizacji zamówień. W zależności od dostępnych danych należy zejść do poziomu produktu, kategorii lub grupy asortymentowej.
Pozwala to odpowiedzieć na konkretne pytania:
- Które produkty rzeczywiście wnoszą najwięcej do wyniku finansowego?
- Które sprzedają się dobrze, ale wymagają zbyt wysokiego kosztu pozyskania?
- Czy promocje zwiększają sprzedaż kosztem marży?
- Czy warto reklamować produkt samodzielnie, czy lepiej traktować go jako element większego koszyka?
- Czy większy udział określonej kategorii poprawia, czy pogarsza rentowność?
Nie oznacza to, że każdy produkt z niską marżą trzeba wyłączyć z reklam. Niektóre produkty mogą wspierać sprzedaż uzupełniającą, zwiększać wartość koszyka lub prowadzić do kolejnych zakupów. Takie korzyści należy jednak mierzyć, zamiast zakładać ich istnienie.
Koszty reklamy to nie jedyny koszt, który rośnie razem ze sprzedażą
Marketing jest widocznym elementem skalowania, ponieważ wydatki reklamowe łatwo sprawdzić w panelu. Znacznie trudniej od razu zauważyć wszystkie koszty związane z obsługą większej liczby zamówień.
Każda dodatkowa transakcja może oznaczać koszt pakowania, wysyłki, prowizji płatniczej, obsługi klienta i magazynowania. Do tego dochodzą zwroty, reklamacje oraz koszty związane z utrzymaniem odpowiedniego poziomu zapasów.
Część tych wydatków rośnie proporcjonalnie do liczby zamówień, część pojawia się dopiero po przekroczeniu określonego poziomu działalności. Przykładowo sklep może przez pewien czas obsługiwać więcej zamówień bez zatrudniania dodatkowej osoby, ale po przekroczeniu możliwości zespołu będzie potrzebował nowych zasobów.
To właśnie dlatego rentowność sklepu internetowego należy analizować szerzej niż przez sam koszt reklamy.
Obrót to również zapotrzebowanie na kapitał
Większa sprzedaż może wymagać wcześniejszego zakupu towaru. Jeżeli firma płaci dostawcom przed uzyskaniem pieniędzy od klientów lub operatorów płatności, rosnący obrót może zwiększać zapotrzebowanie na kapitał obrotowy.
W takiej sytuacji nawet rentowny wzrost sprzedaży może wywołać napięcia w płynności. Firma musi sfinansować zapasy, realizację zamówień i kolejne kampanie, zanim wszystkie należności wpłyną na konto.
Dlatego oddzielam ocenę zysku od oceny przepływów pieniężnych. Zysk informuje o wyniku ekonomicznym, a przepływy pieniężne pomagają zrozumieć, czy firma ma środki potrzebne do finansowania dalszego wzrostu.
Skalowanie powinno uwzględniać oba te aspekty.
Jak sprawdzić, czy naprawdę skalujesz zysk?
Właściciel sklepu nie musi analizować wszystkich dostępnych wskaźników jednocześnie. Potrzebuje przede wszystkim spójnego modelu, który łączy sprzedaż, koszty i decyzje marketingowe.
W praktyce zacząłbym od sześciu kroków.
1. Sprawdź obrót i jakość danych sprzedażowych.
Ustal, jak liczony jest przychód w raportach, czy uwzględnia zwroty i anulowania oraz czy dane reklamowe można porównać z rzeczywistą sprzedażą. Różnice w definicjach mogą prowadzić do pozornych rozbieżności.
2. Policz marżę na produktach lub kategoriach.
Uwzględnij koszt towaru i inne koszty bezpośrednio związane ze sprzedażą. Ustal, ile pozostaje przed kosztami reklamy i pozostałymi obciążeniami.
3. Połącz marżę z kosztem reklamy.
Sprawdź, ile kosztuje pozyskanie zamówienia i jaka część marży pozostaje po wydatkach marketingowych. Porównaj produkty oraz kampanie, zamiast opierać decyzję na jednej średniej.
4. Uwzględnij koszty obsługi dodatkowej sprzedaży.
Policz koszty wysyłki, pakowania, prowizji, zwrotów i innych wydatków zależnych od liczby zamówień. Dzięki temu nie pomylisz wyniku po reklamie z ostatecznym zyskiem.
5. Sprawdź efekt zwiększenia budżetu.
Porównaj okresy lub segmenty w sposób uwzględniający sezonowość, zmiany cen, promocje i inne czynniki. Jeżeli to możliwe, wykorzystaj kontrolowane testy, aby lepiej ocenić, jaka część dodatkowej sprzedaży wynika z większej inwestycji.
6. Oceń przyrost zysku, a nie tylko przyrost obrotu.
Na końcu odpowiedz na pytanie, czy dodatkowa sprzedaż wnosi wystarczająco dużo do wyniku, aby uzasadnić poniesione koszty i ryzyko. Dopiero ta informacja powinna stanowić podstawę decyzji o dalszym skalowaniu.
Nie każda firma będzie potrzebowała rozbudowanego systemu raportowania od pierwszego dnia. Ważniejsze jest to, aby dane, na podstawie których podejmowane są decyzje, były spójne i wystarczająco dokładne.
Nie każdy produkt powinien być skalowany tak samo
Kiedy znam już ekonomię poszczególnych produktów, mogę podzielić asortyment na grupy wymagające różnych decyzji.
Produkty o dobrej marży i stabilnym koszcie pozyskania mogą być kandydatami do zwiększenia budżetu. Produkty o niskiej marży mogą wymagać lepszej ceny zakupu, ograniczenia kosztów obsługi, podniesienia wartości koszyka lub innego sposobu pozyskiwania klientów.
Są również produkty, które nie
